Wojna, smokwa i pierogi
Wpisany przez KGO niedziela, 07 sierpnia 2011 21:27
DUCH MINIONYCH LAT
Tam na każdym kroku czai się duch minionej wojny na Bałkanach. Zagląda w oczy wszechobecnymi śladami po kulach, narzuca się kramikami oferującymi militaria. Mostar - to już prawdziwe Bałkany, gdzie można dojechać albo od strony chorwackiej Dalmacji - względnie jadąc od strony północnej, również przez Chorwację, a następnie przez Banja Lukę i Sarajewo. Obie trasy są urokliwe, pełne fantastycznych widoków, jakkolwiek trudne z uwagi na wijącą się pośród gór i dolin drogę. Ale, co tam? Ważne przecież, aby dotrzeć do celu.
Dziwna rzecz, ale w chwilę po przekroczeniu granicy bośniacko-chorwackiej, gdzie zresztą zapominalscy tacy jak my, muszą wydać 20 Euro na Zieloną Kartę, poczuliśmy zapach egzotyki. Dziwne, bo w końcu Bośnia to cywilizowany kraj, ludzie tak samo mili, jak np. w Chorwacji, a jednak czuliśmy "to coś". Być może sprawiły to wieże minaretów, które zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od granicy wyrosły nagle zza czerwonych dachów małych bośniackich domków? A może przyczyniła się do tego sama droga wiodąca przez bośniackie wsie i miasteczka, jakby żywcem wyjęta z polskiej rzeczywistości lat 80-tych. Wreszcie docieramy do Mostaru.
Pierwszy widok - stara kamienica z mnóstwem śladów po kulach karabinowych. Następna, to samo. Z przodu, z tyłu, gdzie nie spojrzeć - tam ostrzelane tynki domów, kamienic, sklepów. Taki widać urok Mostaru. Te dziury po kulach prześladowały nas już do końca pobytu w tym pięknym mieście. Nawet pierwsze spojrzenie na słynny kamienny most przysłoniły nam wojenne akcesoria - kilka ustawionych na kamiennym murku hełmów żołnierskich. Zresztą, zanim w pełni przyswoiliśmy sobie piękno wspomnianego mostu, zdążył zaczepić nas tubylec, jak się okazało właściciel małego sklepiku.
- Mostar, to wojna - oświadczył z miejsca. - Nie ma się co dziwić. Chodźcie ze mną. Pokażę wam pamiątki po wojnie.
Poszliśmy. W małym sklepiku, w wielkim bezładzie właściciel zgromadził chyba połowę wykorzystywanych podczas oblężenia Mostaru akcesoriów militarnych. Brakowało tylko czołgów?
- Wszystko do kupienia - zachęcał nas Bośniak. - Moździerz za jedyne 10 euro.
Szybko pożegnaliśmy miłego sprzedawcę i za chwilę, spragnieni kawy, herbaty i jedzenia, trafiliśmy do małej kafejki. Te zresztą, jak wszędzie w podobnych miejscach, są na każdym kroku, kusząc głównie aromatem kawy.
Właściciel tego z kolei przybytku okazał się być osobnikiem, który ileś tam lat temu, odwiedził Polskę. Pamiętał miasto Cieszyn, zatem był blisko Bielska-Białej. Zaczęła się gadanina w języku chorwacko-czesko-polsko-rosyjskim...
Pięć minut później Bośniak podał nam dziwnie wyglądające owoce twierdząc, że to przysmak Mostaru.
- To gratis - zaznaczył z uśmiechem.
Owoc był gorący, bo wcześniej został ugotowany. Nie byłoby tajemnicy, gdybym wiedział, jak wygląda zwykła? figa. Tyle, że świeża. Figa okazała się smakowitym owocem. Zatem, gdy koś w Bośni poda wam duży, zielony i gorący owoc i będzie tłumaczył, że jest to smokwa, nie zastanawiajcie się. Kończąc temat kulinariów, kawa w Mostarze jest świetna, podobnie jak turecka odmiana polskich pierogów z serem.
Kończył się dzień. Mostar okazał się cudownym zakątkiem na ziemi. Chociaż ciekawszym po muzułmańskiej stronie miasta. Może to te minarety sprawiły, może 'tureckie pierogi?, a może po prostu zachodzące słońce, które tę część Mostaru spowiło kolorem ciemnej pomarańczy?
FOTO: KGO





























